Spodziewałam się upału, żaru, ognia rozpalonego pieca, ale zetknięcie z lotniskową klimatyzacją nie pozwoliło odczuć gorąca. Wzbudziło to we mnie w pierwszym momencie nagłe i dziwne rozczarowanie. W Polsce analizowałam skąpe informacje, średnie temperatury lipca oraz grudnia i nie wyczytałam w nich szczególnych anomalii, czegoś niezwykłego. Wiedziałam, że powinno być gorąco. Bardzo gorąco. Tymczasem stałam na paragwajskiej ziemi, w chłodnym budynku lotniska i nie odczuwałam niczego ponad przeciętność. Dopiero, gdy posłuszne fotokomórce drzwi rozstąpiły się i zrobiłam pierwszy krok w światło, w królestwo słońca, odkryłam prawdę. Z moich ust wydobył się jęk zaskoczenia, a zarazem jęk podziwu dla klimatu subtropikalnego.
Słońce i chmury na niebie, zawieszone w powietrzu niczym geometryczne bryły,
wyglądały zwyczajnie - istota zmiany tkwiła w powietrzu.
Przypominało ono ciepłą wodę, wodę z wanny, wodę puszczoną z czerwonego kurka.
Powietrze nie zamieniało się w wiatr lub w duszny brak powietrza. Można było oddychać,
ponieważ nie był to skwar, jaki znam z polskiego lipca. Ciała nie oblepiała też wilgoć
– takie porównanie nie oddaje właściwego stanu rzeczy. Jeszcze nigdy nie brodziłam w
powietrzu. Właśnie – brodziłam. Brodziłam ruszając ociężałymi nogami w mazi lepkiego
ciepła; moje ciało momentalnie spociło się na całej powierzchni, nie tylko w kilku
wrażliwych miejscach. Byłam wodą i tonęłam w wodzie przez to każdy ruch zdawał się
kosztować wszystkie siły. Słońce waliło z nieba, wysyłało kordony promieni
obezwładniając fizycznie i psychicznie. Nagle wydałam sie sobie słaba i bezradna,
w żaden sposób nieodporna na żywioł gorąca. Jeszcze dwa dni temu wyjeżdżałam z
mroku, z zamknięcia w ogrzewanych budynkach i osłaniania ciała grubymi warstwami
tkanin. Wyjeżdżałam z chronicznego braku światła. Tutaj światło było powietrzem.
Nie odstępowało człowieka, życie w świetle było jego czynnością fizjologiczną.
Przez wiele tygodni nie zdarzyło się całkowite zachmurzenie, zniknięcie słońca.
Owszem, chowało się za nawet licznymi chmurami, ale nie wpływało to na temperaturę,
na oczekiwany chłód, za to powodowało większe rozdrażnienie. Słońce tkwiło na niebie
dzień po dniu, miesiącami tak samo, nieodmiennie. Nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo
ta stałość, constans działa na psychikę człowieka.
W Europie żyjemy zawsze podświadomie przygotowani na zmianę pogody nie w ciągu
kilku tygodni, ale kilku godzin. Zawsze gotowi na działanie w starciu z nieobliczalną naturą,
dlatego tak ważnym telewizyjnym show są prognozy pogody. Iluż potrzebujemy rekwizytów –
parasole, czapki, szaliki, rękawiczki, ocieplane buty, które w Paragwaju są ciekawostką,
ot, gadżetem, jaki można sobie zafundować dla fantazji. W Asunción ludzie nie potrzebują
prognoz metereologicznych. My, ludzie Północy, marzymy o dwóch tygodniach jednostajnej
pogody w czasie rutynowego urlopu, jeśli takie się zdarzą automatycznie uważamy lato za
udane. Nikt z nas nie jest przygotowany na jeden rodzaj pogody. Na nie kończący się,
obfity deszcz lub niezmienne podniecanie słońca. Dzień po dniu, miesiąc po miesiącu.
Początkowo życie w świetle wywołuje zachwyt. Rozgrzany mózg pracuje szybciej,
bujne rośliny nasycają energią głębokiej zieleni, rozebrane ciała kuszą przystępnością.
Człowiek czuje się lepiej, żyje lepiej, chce żyć, chce działać. Ale bardzo szybko to
pobudzenie obraca się przeciwko niemu, słońce przejmuje ster i wymusza ochronne zachowania.
Pojawiają się pierwsze poparzenia słoneczne, jakich niedostosowany i niedoświadczony
Gringo nie jest w stanie uniknąć. Na nic zdają się najlepsze kosmetyki,
skóra musi odchorować słońce.
Powoli, stopniowo przychodzi zmęczenie. Nieświadomie coraz więcej czasu spędzamy
chowając się przed słońcem niż wystawiając ku niemu twarz. Miejsca nasłonecznione
tracą wartość na rzecz zacienionych. Przeszkadza i zawstydza ciągłe pocenie się,
lejące się po ciele strugi wody. Upał tak wielki, że w godzinach sjesty nie ma się siły
na mówienie, nawet na wypowiedzenie sprawiającego ulgę westchnienia: qué calor.
I coraz częściej czekamy na noc, na wieczorny chłód.
Noc nie przynosi zmiany. Powtórzę – noc nie przynosi żadnej zmiany. Jest czarno i
gorąco. Tak samo gorąco, jak w dzień. Podgrzane do czterdziestu stopni powietrze nadal
oblepia ciało. Nie trzeba zmieniać ubrań – wciąż obowiązują byle koszulka, byle sandały.
Obrzydliwie ciepła woda stoi, czyha za drzwiami pomieszczenia, w którym schroniliśmy się,
by odpocząć w luksusie klimatyzacji.
Zawsze, gdy zamierzałam wyjść wieczorem z klimatyzowanego, schłodzonego budynku,
zaczynałam odruchowo szukać jakiegoś swetra lub kurtki dla Olgi i dla nas. Tkwiło w moich
myślach dobrze znane polskim matkom pytanie: Czy Olga się nie przeziębi? Dopiero
uchylenie drzwi i wejście w nieznośną rozgrzaną otulinę uzmysławiało mi, jak moje
europejskie myślenie zależne jest od wielu czynników, z których w ogóle nie zdaję
sobie sprawy, zanim nie dojdzie do bezpośredniej konfrontacji.
Klimatyzacja. Genialnie proste urządzenie, niestety szkodliwe dla środowiska. Wchodząc do naszego pokoju trzeba było przełączyć pstryczek i z głośnym, narastającym buczeniem urządzenie zaczynało działać. Dzięki klimatyzacji noc była znośna. Najpierw spaliśmy bez żadnego okrycia, potem, w miarę dostosowywania się ciał do klimatu, przykrywaliśmy się prześcieradłami, a nawet zdarzało się, że któreś z nas wstawało i wyłączało klimatyzator, bo momentami było zbyt zimno. Ochrzciliśmy urządzenie kataryną, ponieważ miało w sobie coś z katarynki, chyba dlatego, że jest wielkim, prostokątnym pudłem na dodatek wmurowanym w ścianę w ten sposób, że w pokoju znajduje się przód, a cała maszyneria wystaje na zewnątrz. Buczenie przywodziło na myśl warkot silników samolotu, dlatego włączając katarynę żartowaliśmy wołając ruszamy lub startujemy. Paragwajskie domy są najeżone katarynami – sterczą groźnie wystając ze ścian. Jest to bardzo specyficzny widok, zwłaszcza, gdy przechodzi się obok wieżowców w centrum. Z murów sterczą setki żelaznych pudeł kataryn. Setki odrutowanych tyłów surrealistycznych lodówek.
I wreszcie przychodzi to, co jest najdziwniejsze - przyzwyczajenie. Człowiek dochodzi do granicy, do momentu, w którym wydaje mu się, że nie jest to miejsce dla niego, że obcuje z innym światem, że każdy następny dzień spotęguje koszmar niedopasowania do cudzej skóry. Przechodzi silny kryzys powrotu, człowiek chce powrotu, pragnie końca wakacji, zaczyna szukać znajomych zapachów, smaków i kiedy na dobre myśli o pakowaniu walizek nagle noc zaczyna być lżejsza, a poparzone ciało mniej pali. Pot lecący strumieniami przy każdym ruchu uspokaja się, zmniejsza. Wyjście z klimatyzowanego pokoju w rozżarzony piec powietrza nie jest aż takim szokiem. To wszystko dzieje się niezauważalnie. I w końcu przychodzi całkowita akceptacja, a nawet z powrotem wraca miłość do słońca, które ponownie dodaje życiodajnej energii.
A jednak się ochłodziło. Stało się to w czasie Wielkanocy. Dni pozostawały upalne jak dawniej, za to niektóre noce zrobiły się przyjemniejsze, mniej nagrzane. Zapanował polski lipiec, z ukojeniem wieczoru, odpoczynkiem przed następnym dniem upału. Zastanowiła nas jednak zmiana, jakiej się nie spodziewaliśmy: ten niespodziewany lipiec, który tak bardzo przypominał nam Polskę odebraliśmy obco, jak anomalię, jak coś nienormalnego. Tak szybko nastąpiło w nas przekształcenie odczuć, tak szybko klimat, który kształtował nas przez kilkadziesiąt lat okazał się względny.
W któryś dzień nagle zawiał pampas - wiatr arktyczny charakterystyczny dla
Paragwaju. Niespodziewanie temperatura spadła o dwadzieścia stopni, niebo zachmurzyło
się. Zrobiło się chyba nawet październikowo, jak w chłodną polską jesień.
Przyjęliśmy tę zmianę ze zdziwieniem, ale w miarę spokojnie. Za to Maria José
pojawiła się ubrana w grube swetry, kurtkę, spodnie, wyciągnięte z najgłębszego
zakamarka w szafie, z bojową miną nastawioną na przetrwanie czegoś strasznego i
trudnego.
– To są właśnie paragwajskie zimy – skomentował sytuację Ricardo.
Ze zmianą pogody posmutniałam. Szarość nieba przywiodła na myśl Polskę.
Poczułam, że mam mniej sił, więcej senności i zatęskniłam za morzem spraw,
drobiazgów, okruszków, które przypominających Polskę. Minęło kilka dni, nie
było śladu po pampas, słońce przegnało nostalgię.
Obudziłam się i za oknem dostrzegłam przezroczysto-białą płachtę lub ścianę.
Nie widziałam znajomych konturów roślin, zniknęły przysłonięte czymś zagadkowym,
czego nie mogłam rozpoznać. Podeszłam bliżej, otworzyłam okno i prawie dotknęłam
wody. Walących z impetem kubłów, biczów wodnych, hektolitrów cieczy wydobywającej sie
z nieba, z odkręconego maksymalnie prysznica. To zjawisko trwało i trwało, impet nie
ustawał, nie wzrastał, ani ni malał. Biała ściana zrobiona z wody. La lluvia.
Deszcz. Dane mi było zaobserwować jak pada tropikalny deszcz. Wtedy naszą uliczką
dr Morquio płynął górski potok. Brunatna ciecz wypełniła koryto ulicy,
podtopiła zaparkowane samochody. Woda spływała w dół, w stronę większej ulicy kotłując
się i kręcąc w szalonych wirach. Stałam przed domem i przyglądałam się nowemu widokowi.
Był niewyraźny, jakby roztopiony, impresjonistyczny, składał się z plam rozmytych wodą.
Czułam, że się lepię, ciało zrobiło się lepkie lepkością dotąd nieznaną, okropną, paskudną,
domagającą się natychmiastowego zmycia. Temperatura nie obniżyła się ani o jeden
stopień, a jeśli spadła to nieznacznie i połączenie z deszczem uczyniło ją jeszcze
bardziej nieznośną. Ulicą przemykali tubylcy przypominający bociany, podnoszący
wysoko nogi i kroczący zabawnie skryci pod wielkimi parasolami.
Musiałam wyjść, musiałam wejść w deszcz, pójść znajomą drogą do sklepu. Pamiętam,
że szłam przed siebie wkładając stopy w wodę sięgającą kostek, tak brudną, że nie
byłam pewna czy pod nią jest chodnik, czy już ulica. Działo się tak, ponieważ
ulica Fernando de la Mora przekształciła się w rzekę zmywającą śmieci,
drobne rośliny; w nieokiełznaną, błotnistą, brunatną energię. Brodziły w niej zwykłe
samochody, za to jeepy i trucki pruły pewnie przed siebie rozbryzgując
wielometrowe bałwany wodne. Dla tych samochodów woda nie była żadnym zagrożeniem.
Wreszcie zrozumiałam skąd tak duża ilość na ulicach potężnych samochodów terenowych.
Ponieważ zwykle robiłam zakupy o tej samej porze, spotykałam te same dzieci wracające
ze szkoły. Zmoczone pisklaki szybko biegły w stronę domów. Jedna z dziewczynek nosiła
okulary. W czasie deszczu były one stale zaparowane, ledwo mogłam dostrzec nienaturalnie
powiększone przez szkła korekcyjne oczy dziewczynki.
Co się dzieje z taką ilością wody? Czy grozi nam powódź? Wasze obawy nie mają podstaw, la lluvia jest zjawiskiem normalnym, tak mówi Zulma. Mayo, junio – lluvia normal. Miasto musi być przygotowane. Tubylcy natychmiast się przestawili – nałożyli sztormiaki i nie przejmują się. Tylko trochę ich mniej na ulicy i w sklepie. Deszcz padał z przerwami około dwóch tygodni. Wtedy wyjście z domu przypominało przeprawę – trzeba było wyczekać na chwilę mniej intensywnych opadów, by szybko przebiec nawet tak mały odcinek jak od drzwi naszego domu do czekającej na ulicy taksówki. Ale lluvia skończyła się i nastało słońce. Mniej ostre, czasami przymglone, nie grzejące z dawną siłą, ale po staremu wszechobecne.
Wróćmy jednak do chwili pierwszego spotkania z paragwajskim klimatem, do chwili, kiedy
moja rodzina minęła drzwi klimatyzowanego lotniska. Rozglądaliśmy się niepewnie za taksówką
i takich zastał nas un señor wymachujący rękami, wyrzucający z siebie potok
hiszpańskich słów.
- Taxi, taxi – pokazywał ręką. - Allí!
Pobiegliśmy za nim i wsiedliśmy do samochodu, zbyt zdenerwowani, zbyt spoceni i
wyczerpani, by zwrócić uwagę na szczegóły. A były one w tym wypadku ważne. Auto z zewnątrz
przedstawiało się mizernie – poobijane, stłuczone błotniki, zarysowany lakier, stara
konstrukcja. Samochód nie był także oznakowany. Wewnątrz nie było taksometru. Nie było
plakietki z licencją kierowcy. Odrobinę zaufania wzbudzała zniszczona radiostacja,
tuż obok siedzenia taksówkarza.
Usiedliśmy z tyłu, samochód ruszył i jechał przed siebie długą, wyłącznie prostą szosą
biegnącą wzdłuż pól, biegnącą w przestrzeni pozbawionej budynków. Za nami oddalał się dający
minimalne poczucie bezpieczeństwa gmach lotniska, przed nami nie otwierało się nic.
Pokonywaliśmy odcinek prostej w milczeniu, taksówkarz się nie odzywał, jechał zblokowany,
jakby z tremą. Nie odzywaliśmy się i co ciekawe nie odczuliśmy żadnego zdziwienia,
nie próbowaliśmy nic wyjaśniać. Nic nie wzbudziło naszych podejrzeń.
Ja tonęłam w pocie, ubrana zimowo, Leszek spróbował trywialnej konwersacji po hiszpańsku
– bez odpowiedzi. Zaniepokojenie rosło, ale wyparła je ciekawość Nowego
– już docieraliśmy do miasta, do pierwszych domów, pierwszych dziwów, jakie spodziewaliśmy
się ujrzeć.
Do roślinności tak wybujałej, mocnej, oblepiającej miasto, że nie sposób jej porównać
z europejską, skarlałą namiastką, jedynie zapowiedzią prawdziwej plątaniny.
Palmy, królowe paragwajskich drzew, dumnie wbijały się w niebo rozcapierzoną koroną.
W mieście ruch kołowy istniał, od razu wykazując zamiłowanie do improwizacji, szaleństwa,
choć przepisy obowiązywały te same, co w Europie. To wszystko przesuwało się przed
naszymi oczami, kierowca milczał, ulica dr Morquio nie przybliżała się.
Wtedy Leszka coś tknęło i zadał taksówkarzowi pytanie: czy wie pan dokąd jechać?
Taksówkarz, bez namysłu odpowiedział: nie. I jechał nadal, prosto przed siebie,
jedną z głównych ulic.
Najdziwniejszy był jego spokój i akceptacja kursu. Kierowca nie przystawał, nie próbował
nikogo pytać o drogę. Nie odwrócił głowy i nie poprosił o wyjaśnienia. Jego praca polegała
na jechaniu, wiec jechał. Musieliśmy zareagować mocno, zdecydowanie, zażądać rozwiązania,
bo płacz Olgi, wycie, zanoszenie się wrzaskiem mogło lada chwila stworzyć niebezpieczną
mieszkankę wybuchową.
Dopiero po kilku mocniejszych słowach taksówkarz spróbował dowiedzieć się czegoś więcej
przez krótkofalówkę. Napięcie rosło, ponieważ w miejscu, z którym połączył się Paragwajczyk
również nie wiedziano, gdzie jest calle dr Morquio. A kiedy się dowiedziano i
zajechaliśmy na miejsce, kiedy pojawiła się tabliczka z napisem calle dr Morquio
i jechaliśmy wolno, wolniutko szukając właściwego adresu okazało się, że nie ma takiego
numeru na całej ulicy.
Przystanęliśmy obok jakiegoś domu, właściciel zezwolił Leszkowi skorzystać z telefonu,
Leszek przedzwonił do Ricarda i w ten sposób, krok po kroku, zbliżyliśmy się do celu,
stanęliśmy przed odpowiednią bramą. Taksówkarz obserwował jak wynosimy dziecko, torby,
pakunki, wózek dziecięcy; patrzył zaciekawiony niespodziewaną przygodą, szczęśliwy,
ponieważ zapłacono za kurs i niedowierzając, że udało się mu się dowieźć pasażerów na miejsce.
Do dzisiaj nie wiemy, czy był to prawdziwy taksówkarz, czy oszust, który złapał naiwnych
Gringo pod lotniskiem. W każdym razie potem było już normalnie – zamawiana
taksówka pochodziła z legalnej korporacji, wszystkie samochody były w żółtym
kolorze i miały taksometry. Jedno tylko się nie zmieniło – w większości były to
zdezelowane pojazdy nie pierwszej młodości, ale posiadające osobowość i bez wątpienia duszę.