Nie było pierwszego spotkania. Nie było czegokolwiek, co przypominałoby pierwsze spotkanie, przedstawienie sie, wymianę uprzejmości. W ogrodzie stał i patrzył na nas mężczyzna. Dobrze określa go przymiotnik czarny. Czarne, kędzierzawe, krótko ostrzyżone, falujące włosy ostro kontrastowały z alabastrową twarzą. Wyraźny łuk nosa oddzielał czarne oczy. Całość dopełniało czarne ubranie – szorty i spodenki. Tak ujrzałam Ricarda, przez zabrudzone okno rozklekotanej taksówki, kiedy udało nam się dojechać do miejsca przeznaczenia, na ulicę dr Morquio 668 w Asunción.
To nie było zmęczenie, ani zdenerwowanie. Nie była to też ciekawość i euforia, że w końcu dobrnęliśmy do końca podróży. Raczej apatia, czułam coś w rodzaju zobojętnienia. Na dodatek nie byłam w stanie dłużej się zastanowić, przemyśleć sytuacji, nie mogłam złapać tchu, ponieważ Olga przeistoczyła się w szympansa, który chciał zawładnąć taksówkowym światem. Trzymałam ją mocno, tłumiłam jej ruchy, czułam jak po plecach, pod grubym swetrem, w którym opuściłam Europę i przywitałam Amerykę, płyną nie strugi, lecz rzeki, nie rzeki, lecz prądy oceaniczne potu. Wysiadłam, zrobiłam kilka kroków, minęłam bramę i znalazłam się w ogrodzie. Pomyślałam, że jest ładny, ale już byłam w budynku, w środku; posuwałam się z dzieckiem na ręku idąc za czarnym mężczyzną, który gdy tylko się zbliżyliśmy, odwróciwszy się plecami w naszym kierunku, ruszył przed siebie stając się przewodnikiem mojej rodziny. Mężczyzna szedł mówiąc coś cicho, nie od niechcenia, ale tak jakby słowa kierował wyłącznie do siebie. Mówił nie odwracając głowy, a jeśli mimo to jego wzrok zetknął się z naszymi oczami, uśmiechał się sztucznie, operetkowo, układając usta w nienaturalny grymas. Cicho, mimochodem zadał mi pytanie – zapytał po angielsku, ile lat ma Olga. Udzieliłam odpowiedzi; odwrócił twarz i natychmiast przestałam dla niego istnieć
Zaprowadził nas na piętro, do pokoju zalanego słońcem. Pokój wydał mi się przyjemny, wesoły, żywy; w ten sposób uległam pierwszemu złudzeniu wartościując realiami klimatu umiarkowanego. Dopiero z czasem zrozumiałam, że mieszkanie w pokoju zachodnim, nasyconym słońcem, obrzydliwie rozgrzanym tutaj oznacza katorgę, karę za grzechy. Pamiętam, że oprócz nasłonecznienia najpiękniejsze wydały mi się pojemne szafy, które według Marii José zostały zrobione z lokalnego drzewa o pięknym kolorze wina burgundzkiego, a teraz dające możliwość wypakowania toreb, czyli wreszcie znalezienia świeżego ubrania. Postawiłam Olgę na podłodze, poruszyłam się swobodnie i wtedy odkryłam, jak bardzo chce mi się pić. I że dawno wypiliśmy nasze zapasy. I że moje dziecko musi umierać z pragnienia. Czułam się bezsilna, ogłuszona, wyczerpana. Spojrzałam na męża. Mąż spojrzał na Ricarda, wyszli. Po chwili Leszek wrócił niosąc dzbanek wody. Pijąc łapczywie chłodną wodę z kranu dopiero w Ameryce Południowej, po raz pierwszy tak silnie odczułam jej życiodajny smak.
Kiedy Ricardo wrócił do pokoju i kazał z powrotem pakować rzeczy, patrzyłam na niego jak dziecko, które nie nauczyło się materiału i zostało znienacka wywołane przez nauczycielkę do tablicy. Dlaczego? Dlaczego ja? Dlaczego mam znowu taszczyć pakunki, wkładać do toreb rozłożone ubrania, dlaczego przeprawa nie chce się skończyć? Jednak bez słowa sprzeciwu zabrałam Olgę, przeniosłam dobytek. Tuż obok, do sąsiedniego pokoju.
Ten pokój był – dla odmiany – mroczny i nieprzyjemny. Leżało w nim mnóstwo kartonów. W oknie brakowało malutkiej szybki i puste miejsce zalepiono folią. Nie było dobrej widoczności, ponieważ za oknem kłębiła się zieloność jakiegoś krzewu lub drzewa. Nie spodobał mi się nowy pokój, ponieważ był ciemny, mniejszy, schowany. Dopiero później zrozumiałam, że lokując nas w tym pokoju Ricardo zmienił zdanie w ostatniej chwili, stłumił okrucieństwo, być może ze względu na małą. W pierwotnym zamyśle mieliśmy mieszkać w piekle zachodu, w piekle jedynego pokoju, którego okna architekt wyprowadził na tę właśnie stronę świata. Ricardo przeniósł nas na północ, komfortową, chłodną północ, której zagrożeń nie rozumiał, bo – jak kiedyś powiedział – śnieg i zimno północy widział jedynie w kinie.
Więc już byliśmy razem, już szafy ponownie zapewniły się naszymi rzeczami, już umyliśmy ciała, zmieniliśmy ubrania przeistaczając się z koczowników w opanowanych mieszkańców Starego Kontynentu. Olgunia opadła z sił i stała się łatwiejsza. Wróciła ciekawość, chęć obejrzenia nowego miejsca. Zeszliśmy na dół.
W kuchni, na parterze, stała nieruchomo drobna dziewczyna, odwrócona do nas tyłem. Ubrana w fartuszek zmywała naczynia w zlewie. Podeszłam, przedstawiłam się, wyciągnęłam do niej rękę. Dziewczyna nie odpowiedziawszy, uścisnęła dłoń i wróciła do pracy. Stanęłam razem z Olgunią. Wtedy wszedł Ricardo, milcząc pokazał dziewczynie jakiś rachunek, a w nim jedną pozycję. Dziewczyna kiwnęła głową i odpowiedziała: sí, señor. Ricardo wyszedł bez słowa.
W tym momencie pierwszy raz przyszło mi do głowy, że coś jest nie tak, czegoś nie rozumiem, coś jest mi obce, nie z mojego systemu znaków. Podszedł do mnie Leszek i wskazał na drugą lodówkę – ta jest nasza. Ricardo nie zgodził się, żebyśmy prowadzili wspólną kuchnię. Zasugerował, że mamy kupić oddzielne garnki. Zasugerował to i tamto, w ważniejszych i mniej ważnych kwestiach, a wspólnym mianownikiem była chęć całkowitej izolacji, odcięcie i zignorowanie naszej obecności, wyższość połączona z lekceważeniem i pogardą. Po raz pierwszy zrozumiałam to wieczorem, gdy dotarło do mnie, że witając nas po trzech dniach intensywnej podróży Ricardo nie dał naszej trójce nic do picia i nic do jedzenia. Zabolało. Tym bardziej, że poczęstunek nie wymagał żadnego wysiłku ze strony gospodarza. Wystarczyło wydać wcześniej odpowiednie polecenie służącej.
Dwóch mężczyzn – Polak Leszek i Argentyńczyk Ricardo, spędzali kilkanaście godzin w
jednym miejscu patrząc niemal bez przerwy w ekran monitora. Często zastanawiałam się nad
ich pracą. Biuro znajdowało się w naszym domu, na parterze, tuż przy głównym wejściu.
Takie ostateczne przeznaczenie otrzymał reprezentacyjny salon z białym kominkiem i
eleganckim, błyszczącym barkiem. Stały tam trzy biurka, na nich mnóstwo komputerowego
sprzętu, a liczne czarne kable, splątane chaotycznie jak grube liany, wiły się tuż przy
ścianach. Całość dopełniała szafa z segregatorami i kanapa z czasów, gdy salon jeszcze
był salonem. Ricardo zawiesił na ścianach portrety swojej ukochanej kotki, Nicole, i
był to jedyny prywatny akcent w tym pomieszczeniu. Panowała tu jakaś asceza, atmosfera
skupienia i wysiłku intelektualnego, a jednostajny dźwięk, buczenie klimatyzatora zdawały
się potęgować ciszę. Ale wystarczyło otworzyć tylko jedne drzwi i natychmiast wpadało
się w inny świat, świat gospodarstwa domowego, jego rytuałów i odgłosów, całkowicie odmienny
i kontrastujący. Wszyscy domownicy zauważali różnicę, to zbieganie się dwóch światów,
dwóch porządków i wszyscy czyniliśmy starania, by tę ulotną granicę utrzymać, by nie pozwolić
na zgubną mieliznę zatarcia reguł wprowadzającą niepotrzebne rozprężenie.
Praca polegała na utrzymaniu i administracji systemu informatycznego, dzięki któremu
działają nowoczesne centrale telefoniczne. Korzystając z połączenia sieciowego Leszek i
Ricardo mogli nie ruszając się z Asunción pracować w odległych o setki kilometrów miastach.
W praktyce wyglądało to tak: przychodziły faxy, bądź telefony, że dajmy na to w konkretnym
rachunku nie zgadza się to i tamto, liczba naliczonych impulsów jest zbyt duża/mała i teraz
trzeba było znaleźć błąd, ustalić czyja wina itd. Na ekranach monitorów pojawiały się rzędy,
kolumny liter i cyfr, sekretny alfabet dostępny jedynie wtajemniczonym. Tysiące nie mówiących
nic postronnemu obserwatorowi informacji wymagających błyskawicznego przeanalizowania.
Kiedy usterka nie mogła być naprawiona w Asunción, Ricardo cierpliwie tłumaczył przez
telefon, co należy zrobić, by znaleźć błąd. Wtedy godzinami rozmawiał chodząc w biurze w
tę i z powrotem, lub zmieniając pomieszczenia i pojawiając się znienacka w najróżniejszych
zakamarkach domu, w kuchni lub na werandzie, zawsze skupiony i nieobecny, jednostajnym głosem
przekazujący odpowiednie wskazówki. Ubrany nader skąpo, tylko w szorty, z nieodłączną czarną
słuchawką przy uchu, wypijając hektolitry wody i nieustannie ją wypacając wyglądał jak plażowicz
objaśniający żonie, gdzie szukać jakiejś zapodzianej rzeczy. Nic nie wskazywało, że wykonuje
poważną pracę, chociaż jednym przyciśnięciem klawisza zmieniał kluczowe parametry, a każda
pomyłka mogła skończyć się krajową dezorganizacją.
Ricardo miał przy tym specyficzną fantazję i jego marszruty wiodły po zadziwiających
torach – cały czas rozmawiając i błądząc nieobecnym wzrokiem po otoczeniu wychodził parterowym
oknem do ogrodu, korzystał z toalety, zaglądał do garnków w kuchni albo kąpał się w basenie.
Wtedy odkładał słuchawkę na brzeg basenu, kazał służącej podać kawę, dynamicznie rozbijał crawlem
powierzchnię wody i przerywał, gdy dzwonił telefon. Podpływał do słuchawki, stojąc w wodzie po
pas wyjaśniał skomplikowany, informatyczny problem, popijając diabelnie mocną kawę z maleńkiej
filiżanki.
Lubił pracować w nocy. Wtedy mógł łatwiej połączyć się z jakimś miejscem, spokojnie
przeanalizować dane, wykonać potrzebne zabezpieczenia. Godzinami przesiadywał przed
monitorem komputera w towarzystwie swojej ulubionej kotki. Ponieważ długo odsypiał zmagania
ze światem informatyki, następnego dnia zjawiał się w biurze o przedziwnych porach i
dlatego nigdy nie było wiadomo, o której tak naprawdę zaczyna się i kończy praca. Czasami,
nieobecny myślami, przemierzał ogród, przebierał się kilkakrotnie lub mył samochód, by
dopiero pod wieczór wejść do biura i rozpocząć właściwą pracę. Całymi dniami potrafił nie
wypowiedzieć ani jednego słowa, nie wydać ani jednego polecenia. W milczeniu bębnił w
klawiaturę komputera nie zwracając uwagi na obecność mojego męża. Dezorganizowało to
harmonogram Leszka, w jakiś sposób uzależnionego od poczynań starszego kolegi.
Tak więc podpatrywanie Ricarda, jego zachowania i aktualnego nastroju, jako wyznacznika
ewentualnego porządku dnia było konieczne i po jakimś czasie przyzwyczailiśmy się
do ciągłych obserwacji.
- Już pięć osób zmarło na dengue – mówił Ricardo rozpylając środek owadobójczy
w biurze wokół swojego krzesła uważając, by drobina nie poleciała w stronę Leszka.
– Musicie się zabezpieczyć.
Leszek przychodził na górę, powtarzał ostrzeżenie. Nacierałam Olgunię od stóp do głów,
ale nie udawało się uniknąć ukąszeń. To były ważne słowa, bo jedyne, jakie w ciągu dnia
Ricardo kierował do męża. Następnego dnia było już dziewięć ofiar, a potem dwanaście.
Po dwóch tygodniach przestaliśmy bać się tajemniczego dengue. Moskity gryzły, nic się
nie działo. Biorąc pod uwagę kilkumilionową populację Paragwaju dawało to mniejszą
możliwość zgonów niż w wyniku powikłań grypowych. Okazało się także, że dengue
– rodzaj malarii - jest z Paragwajczykami za pan brat – w wyniku deforestacji Puszczy
Amazońskiej co roku nawiedza ten obszar Ameryki Południowej. Dlaczego Ricardo informował
nas o dengue? Liczył na nasz strach, panikę i kto wie – może przedwczesny wyjazd?
A może nie liczył? Po dwóch tygodniach przestał nie udzielając żadnych wyjaśnień. Faktyczny
stan ofiar wynosił: jeden. Zmarła jedna osoba, jeden mieszkaniec milionowego miasta.
Liczby, które podawał Ricardo dotyczyły ogólnego stanu zachorowań na groźniejszą z
odmian dengue. Musielibyśmy mieć wyjątkowego pecha, by znaleźć się w tej
właśnie grupie.
Często łapaliśmy się z mężem na tym, iż bezustannie analizujemy nieco ekscentryczny styl bycia naszego paragwajskiego gospodarza. Było o czym poplotkować, życie zdawało się zsyłać nadmiar tematów – komfort mieszkania i pracy w dowolnych godzinach, w tym samym domu, nie pracująca, wyniosła żona, służąca spełniająca wszelkie polecenia, czy przesadna miłość do kota. Jestem pewna, że nie tylko my zwróciliśmy uwagę na nieco luzacki styl życia Ricarda i przywileje, jakie posiadał. Ale ten medal ma i drugą stronę – Ricardo jest absolwentem Uniwersytetu Princeton, fachowcem w swojej dziedzinie o kolosalnym zasobie wiedzy i doświadczeniu. Wobec tego może pozwolić sobie na dowolne zachowanie, swobodne podejście do życia, ponieważ współczesny świat należy do takich jak on, wysoko wykwalifikowanych ekspertów. Ale czy można to traktować jako wytłumaczenie?
Wciąż żyliśmy nadzieją, że napięta atmosfera, wynikająca z wielu drobiazgów, pozornie błahych, ale podłych działań, skończy się lub otrzymamy jakieś wyjaśnienie zagadki, ale nic takiego się nie działo. Ricardo milczał nie tylko z nami, ale także ze służącą, Zulmą. Wydawał jej polecenia i skrupulatnie kontrolował poczynania, podkreślając najmniejszy nawet błąd, ale obcinał jakąkolwiek formę dialogu.
Po dwóch tygodniach ciszy byliśmy wyczerpani psychicznie. Z początku nie poddawaliśmy się, próbowaliśmy różnych dialogów, ja z żoną, Leszek z Ricardem. Ale otaczała nas pustka. Ricardo miał w oczach coś stalowego i krzywił usta w grymasie sztucznego uśmiechu, ja zrezygnowałam z kontaktów z Marią José, gdy opryskliwie odpowiedziała przenosząc rzeczy z jednej do drugiej garderoby: czego chcesz ode mnie. Po dwóch tygodniach zorientowaliśmy się, że bez przerwy rozmyślamy o tej parze przedziwnych ludzi i powodach ich zachowania, że temat ten jest obecny między Leszkiem i mną nawet wtedy, gdy nic nie mówimy. Jadaliśmy przy oddzielnym stole, zawsze z daleka od gospodarzy to, co ugotowałam, to, co udało mi się przyrządzić w koszmarze upału, pomysłów kulinarnych Marii José i energii rozpierającej moje dziecko. Mieszkaliśmy po drugiej stronie korytarza starając się zachowywać jak najciszej, by nie zakłócić spokoju gospodarzy. Baliśmy się głośniejszego płaczu Olgi i baliśmy się do czego zmierza Ricardo, jak rozumieć premedytację jego zachowania. Od jego opinii mogła zależeć dalsza kariera mojego męża. Obserwowałam Ricarda jak ostrożnie wyjeżdża do miasta najnowszym Mercedesem, który na tej półkuli musiał kosztować fortunę i zastanawiałam się dlaczego, na początku zadał mi drugie pytanie, zaraz po pytaniu o wiek dziecka. Ricardo zapytał, czy pochodzę z dużego miasta w Niemczech. Gdy dowiedział się, że nie, przestałam dla niego istnieć. Czy jest szowinistą zakochanym w tym, co niemieckie, w niemieckim samochodzie, w niemieckiej firmie, dla której pracował i wobec tego Słowianie go nie interesują, czy kryło sie za tym coś jeszcze, czego ten Argentyńczyk nie ujawniał?
Chciałam pójść do kościoła. Potrzebowałam wsparcia, minimalnej wskazówki, jak się zachować. Czy odpowiedzieć dobrem na zło, czy raczej dążyć do konfrontacji, ostrego, ale definitywnego rozwiązania wątpliwości? Jaką wybrać formę, czy akurat teraz i tutaj trzeba nadstawić drugi policzek? Ale kościół, który mijałam spacerując ulicą dr Morquio o każdej porze dnia stał zamknięty, ciemny, pusty. Señora prowadząca niewielki sklepik spożywczy na rogu zapytana o godzinę mszy w la iglesia odpowiadała niezmiennie: mañana.
W drugą środę od chwili naszego przyjazdu Ricardo rozpoczął pracę o 19.00. Leszek szybko zajął przy nim miejsce, po czym Ricardo wyszedł z biura, po chwili wrócił przebrany w garnitur i oświadczył, że jedzie na mszę, Leszek przekazał mi wiadomość, a mnie przemknęły przez głowę dwie myśli: że jest możliwe porozumienie, bo jednak coś nas łączy i że może wreszcie znajdę otwarty kościół. Niewiele się namyślałam i pobiegłam za Ricardem. Z ogrodu dobiegał cichy warkot Mercedesa, więc nie namyślając się chwyciłam Olgę za rekę i podbiegłam do samochodu. Szarpnęłam klamką, otworzyłam drzwi. Zapytałam, czy mogę jechać z nim na mszę. Ricardo odpowiedział: but I am Jew.
Stałam trzymając klamkę samochodu w jednej ręce i dłoń Olguni w drugiej. Oszołomiona, zdziwiona, zdezorientowana. Nigdy nie spotkałam Żyda. Nigdy nie spotkałam mądrego Żyda. Głupiego Żyda, Żyda artysty i Żyda krwiopijcy. Moja polskość bezustannie obcuje z Żydem, z jego historią, literaturą, muzyką. Moje poczucie przyzwoitości kazało mi zagrozić wyrzuceniem z własnego domu dobrego znajomego, który znienacka okazał się antysemitą. Wiem, ilu zginęło w czasie Holokaustu. Wiem, że są moimi starszymi braćmi w wierze. Wiem, że nigdy nie pójdę pływać w moim polskim mieście w pływalni, która mieści się w dawnej synagodze. Widziałam miejsca w Polsce, gdzie w jednej linii stały kościół, cerkiew i synagoga, ale nigdy wyznawcy, nigdy nie odczułam obecności żydowskich świąt. Wiem, że mogę ich spotkać w wielu miejscach na świecie, w Nowym Jorku, Izraelu, wszędzie, są tacy, którzy mówią, że WSZĘDZIE są Żydzi, ale jak dotąd nie spotkałam żadnego mimo plotek, pomówień i pewności żydowskiego rodowodu tylko Polacy, wokół Polacy. Słucham genialnych interpretacji Yehudi Menuhina, Artur Rubinstein uczył się partytury podczas przelotu samolotem grając palcami na walizce, Franz Kafka i jego obsesje są nieśmiertelne. Myślę o ich talentach, najczystszej wody objawach wybrania, wyjątkowej miłości Boga. I właśnie teraz, w Paragwaju, w ciemną duszną noc stoję twarzą twarz z Żydem, który niecierpliwie przebiera palcami na kierownicy i prosi, by zamknąć drzwi, bo I must rush, it’s seven i jedzie do swojego kościoła.
Ponownie stoję z Olgunią przy Leszku. Już wiemy. Leszek pokazuje mi rzuconą ostentacyjnie wizytówkę na sąsiednim biurku – Ricardo Isaac. Izaak. Icek. Czy to wyjaśnia jego zachowanie, izolowanie się od nas? Czy płacimy cenę za prymitywny, polski antysemityzm? Może rodzina Ricarda została skrzywdzona w Polsce? Czy mamy czuć się z tego powodu winni? Czy zapytać bezpośrednio Ricarda, czy lepiej przeciwnie – nie dać poznać po sobie, że wiemy? Z drugiej strony – traktując nas jak gorszych albo niebezpiecznych obcych czyni z siebie antysemitę podszytego faszyzmem. Czy tak tłumaczyć jego fascynację wszystkim, co niemieckie? I cóż to za niezwykła kombinacja – Żyd faszysta. Czy gdybyśmy byli, dajmy na to Bułgarami, jego reakcje byłyby inne? Zagadka goni zagadkę, a to wszystko w upale, w niemiłosiernym gorącu, gdy każdy gest może stać się Sarajewem i rozpętać wojnę. Jak ja, katoliczka, mam odnieść się do Żyda, który szkodzi mojej rodzinie? Czy mam prawo się bronić i gdzie jest granica, by nieopatrznie nie zabrnąć w oświęcimskie żwirowisko? Czy na podstawie tego człowieka mogę wysnuć wnioski o całym Narodzie Wybranym? Leszek nie musi rozważać w sobie tego dylematu. Jego buddyzm daje mu spokój i umiar w każdej sytuacji. Siedzimy zdezorientowani, na monitorze komputera kolumny cyfr, trzeba czekać aż Ricardo wróci z synagogi i objaśni niuanse.
Ileż możliwości otworzyło jedno zdanie: I am Jew. Jak dotąd był to dla nas Argentyńczyk rodem z Buenos Aires. Ekscentryczny informatyk, być może sfrustrowany życiem na prowincji, jaką bez wątpienia jest Asunción wobec boskiego Buenos, tak jak Mińsk względem Warszawy. Jak mamy dalej żyć pod jednym dachem z takim buzującym kotłem religijnym? Wszyscy jesteśmy nie na miejscu, jesteśmy spoza. Jedyna Zulma jest u siebie, jest rdzenną Paragwajką, ale – paradoksalnie – zajmuje jedno z najniższych miejsc w drabinie społecznej. Jak będzie dalej skoro już początek jest podszyty działaniem, którego nie rozumiemy. Drugim, trzecim i czwartym dnem, prowokacją, konfrontacją do jakiej bez wątpienia dąży Ricardo? W następną środę pojechał ponownie do kościoła. Upewnił się, że wiemy i potem przestał aż do końca naszego pobytu. Takie były moje myśli, kiedy szczęśliwie znalazłam właściwą porę mszy w moim kościele przy calle dr Morquio i siedziałam medytując chwilę przed nabożeństwem.
Msza w kościele pod wezwaniem Santa Lucia. Jednocześnie zrozumiała i niezrozumiała.
Tocząca się wartko, w dynamicznym rytmie języka hiszpańskiego, melodyjna, dobrze skomponowana,
przyjemna w odbiorze.
Zasiadałam w niewielkim, nowoczesnym kościele w jednej z tylnych ławek. Zazwyczaj przychodziłam
trochę wcześniej, chwilę przed nabożeństwem, ponieważ potrzebowałam wstępu, osobistej refleksji;
po drugie – chciałam uniknąć krępujących spojrzeń w momencie wyszukiwania miejsca, lokowania
Olguty i wpychania wózka w miarę bezpieczny kąt. Spojrzenia przesyłały wiele sympatii i
ciekawości, w nich samych nie było nic negatywnego, ale peszyła mnie ich ilość i wszechobecność.
Kiedy przychodziłam spóźniona, co zdarzyło mi się kilkakrotnie, ludzie zerkali w stronę drzwi
tak intensywnie jakby przez chwilę zamieniły miejsce z ołtarzem.
Kościół nie był zbyt duży, ani zbyt bogaty – ot, przeciętny, nowoczesny budynek sakralny,
taki jak wiele innych, jednak coś go wyróżniało. Często, odmiennie niż w Polsce, bywał pusty,
a jeszcze częściej po prostu zamknięty. Na jedyną niedzielną mszę o godzinie 9.00 przychodziło
może czterdzieści osób – starsze kobiety, matrony w sile wieku, kilku mężczyzn, dzieciaki.
W najlepszym wypadku zapełniała się połowa drewnianych ław, reszta ławek pozostawała wolna,
pusta i przez to jakby umarła. Nie znaczy to jednak, że wewnątrz zamierało bądź słabo tliło
się życie. Wystarczyło przypatrzyć się dzieciom - wystrojone dziewczynki i odświętnie ubrani
chłopcy siedzieli wstrzymując z dużym wysiłkiem woli rozpierającą ich energię. Przygwożdżeni
czujnym spojrzeniem babć i matek, odmawiając sobie psot, ledwo nadążali za kolejnymi etapami
nabożeństwa.
Msza toczyła się swoim rytmem, dokładnie takim, jak w Polsce. Początkowo czułam się dziwnie
nie rozumiejąc ani słowa, ale zarazem doskonale orientując się w obrządku. Powoli oswajałam się,
przyzwyczajałam do inności, poznając znajome z Polski modlitwy, tutaj wymawiane po prostu w
innym systemie językowym. Stanowiłam jedność z modlącymi się ludźmi, choć jedyną możliwością
porozumienia były wspólne gesty. Dopiero to poczucie abstrakcyjnej wspólnoty uświadomiło mi
w pełni istotę potęgi kościoła – stałość tradycji, niezmienność ceremoniału, którą dawniej
postrzegałam jako wadę, teraz wyraźnie zobaczyłam jako wartość wypracowywaną przez wieki.
Kiedy przyszedł moment przekazania znaku pokoju po prostu uścisnęliśmy sobie ręce. Miło
było patrzeć, jak malutka rączka mojej córeczki znika w dużych, ciemnych rękach dorosłych
i nieco mniejszych brązowych rączkach dzieci; jak cała ferajna wręcz rzuca się, by ją
wyciskać i przekazać gest sympatii. Wzorem Paragwajczyków wręczałam Olguni wymięty,
zniszczony, czerwony banknot o nominale tysiąca Guaraní, (co w przeliczeniu stanowi wartość
1 zł), sprawiający wrażenie pieniądza używanego jedynie do zabawy. Naprowadzałam malutką
rączkę i tysiąc Guaraní lądowało w koszyku, dołączając do góry pozostałych, takich samych
banknotów. Załadowany czubato koszyk nie miał dużej wartości. Wędrował z rąk do rąk coraz
bardziej się zapełniając, aż zdawało się, że nie będzie już miejsca by upchnąć cokolwiek,
a mimo to ofiarowana przez wiernych kwota była maleńka stanowiąc palący dowód inflacji
zżerającej paragwajską gospodarkę.
W miarę upływu czasu mój hiszpański polepszał się i mogłam zrozumieć nie tylko modlitwy,
ale nawet poszczególne frazy z niedzielnego kazania. Kazanie zawierało mnóstwo dźwięcznych
zaimków, słowa takie jak nosotros, vosotros często wręcz wybuchały z ust księdza. Nie
rozumiałam treści pouczenia, ale – z drugiej strony – nie musiałam rozumieć, ponieważ z
góry mogłam założyć, że jest słuszne i w dobrej sprawie. Ksiądz mówił z emfazą, robił
efektowne pauzy, zawieszał głos, podkreślał głośniejszą wymową poszczególne zdania.
Artykulacja, teatralność, patos składające się na latynoski temperament uwidaczniały się
od pierwszego do ostatniego zdania. Dopełnieniem energii kaznodziei był śpiew prowadzony
przez trzech mężczyzn. Organista, niedowidzący gitarzysta i pan podpierający się kulami
ustawili się w tyle, przy drzwiach. Spodziewałam się czegoś w rodzaju smutno-zawodzących
polskich pieśni religijnych, tymczasem, gdy przychodziła pora grania mężczyźni stawali w
pozycji na baczność i otwierając szeroko usta, ze wszystkich sił, ile tchu w
piersiach intonowali pieśni, które nie różniły się od paragwajskich melodii ludowych; piosenki
pełne dynamiki, żywiołowości, ognia, miłe dla ucha, a także kunsztowne i z całą pewnością taneczne.
Muzycy śpiewali na sto procent swoich możliwości, bez mikrofonów, a mimo to zdołali zapełnić
swoimi głosami wnętrze kościoła. Towarzyszył im dynamiczny i zaangażowany śpiew wiernych.
Jeżeli mamy śpiewać Madonnie, to śpiewajmy z całego serca – to było ich credo. Śpiewając z
ekspresją i wykonując wszystkie napisane zwrotki zdawali się być innym wymiarem katolicyzmu,
lepszym? Gorszym? Na pewno bardziej pierwotnym i dziecięcym w najlepszych tego słowa
znaczeniu.
Mimo, że wierni kościoła rzymsko-katolickiego stanowią ponad 90 procent paragwajskiego
społeczeństwa, w Asunción można spotkać mnóstwo kościołów innych wyznań. Wszelkie odmiany
chrześcijaństwa przesuwały się wzdłuż jednej tylko ulicy Avenida Kubitschek – zbory, kaplice,
większe lub mniejsze kościółki zachęcały by wejść i spędzić w nich choć chwilę. Nigdzie nie
zauważyłam najmniejszego braku tolerancji, żadnych form dyskryminacji czy współzawodnictwa.
Nie było również sposobów przesadnego podkreślenia religijności, poza tradycyjnymi zachowaniami.
Kiedy nastał czas Niedzieli Palmowej, tuż przed Świętami Wielkiej Nocy, ulice zaroiły się od
sprzedawców zwyczajowych palm. Przepiękne plecionki z liści palmowych, przypominających szerokie,
soczysto-zielone źdźbła trawy i przyozdobione liliowym kwiatkiem zwykłej koniczyny prezentowały
się skromnie i elegancko. Przywodziły na myśl Jerozolimę, także gorące miasto, gdzie być
może roślinność wygląda podobnie. Kupując taką palmę, mimo woli, niemal dosłownie dotykałam
życia sprzed dwóch tysięcy lat.
Po kilku niedzielach wciąż czekałam na cokolwiek, na drobiazg, na maleńki pozytywny dowód – i oto jest. Ricardo chodząc w ogrodzie z nieodłączną słuchawką przy uchu kilkakrotnie kopnął piłkę Olguni. Ricardo bawiący się. Ricardo kopiący piłkę Olguni – fakt ten może oznaczać akceptację jeśli nie nas, to przynajmniej dziecka.
Pierwsza prawdziwa rozmowa, pierwsze spotkanie nastąpiło nieoczekiwanie dla mnie samej. Musiałam poprosić Ricarda, by pokazał mi w jaki sposób zadzwonić do miasta. Telefony sprzężone z komputerami działały w tajemniczy dla mnie sposób. I wtedy, gdy Ricardo podniósł słuchawkę pokazując co, jak i w jakiej kolejności należy zrobić, nieoczekiwanie dla samej siebie zadałam pytanie: Jak czujesz sie będąc Żydem i mieszkając w katolickim kraju?
Nie skupiłam się na jego odpowiedzi. Dopiero, gdy pytanie wyszło z moich ust poczułam
jak bardzo bije mi serce i jak napiętą mam twarz. Tymczasem Ricardo mówił, mówił,
mówił, niewyraźnie, do siebie i szybko jak zawsze. Jego swobodny angielski płynął obok
mojej głowy i nie próbowałam go zatrzymać, zrozumieć dokładniej. Skupiłam się nad jedną
rzeczą – Ricardo czekał na to pytanie. Z pewnością czekał na to pytanie. Niekoniecznie
ja miałam je zadać, ale tak się złożyło, że ja je wypowiedziałam. Mówił tak, jakby
odpowiedź miał przygotowaną, długo noszoną w sobie i trochę już zaniechaną. Mówił,
że jest ich tylko kilku w mieście, że nie jest aż tak religijny jak jego rodzice, że religia
swoją drogą, ale musi być praktycznie zastosowana. Stałam patrząc na jego twarz pozbawioną
wyjątkowo imitacji uśmiechu, na jego nagle błyszczące aksamitne, rozpalone oczy i wciąż
nie dowierzałam tej scenie – ten człowiek po raz pierwszy mówił, pełnymi zdaniami; mieszkałam
z nim od miesiąca, ale nigdy nie widziałam go mówiącego w takiej ilości do drugiej osoby.
Dalej już poszło samo, bez myślenia o potencjalnym ryzyku dodatkowego pogorszenia sytuacji.
Kwestia pracy jego, Żyda, w niemieckiej firmie będąca konsekwencją pracy nad sobą i swoim
sumieniem, jaką wykonali Niemcy w ciągu ostatnich pięćdziesięciu lat i jaką wykonują nadal,
od połowy wieku pytając samych siebie: dlaczego? Wciąż powracające dlaczego? Tak boleśnie
nieobecne wśród Rosjan. Mówię o komunistycznej świadomości, o zniszczeniach w mentalności,
które są groźniejsze niż najgorsze skażenia środowiska pozostałe po armii radzieckiej.
O tym, jak trudno wychować dziecko jeśli rodzice są różnego wyznania, jak codziennie
trzeba pogłębiać tolerancję, przy jednoczesnym zachowaniu własnych przekonań, czego
być może Ricardo w przyszłości doświadczy jako mąż chrześcijanki. W pamięci miałam jeszcze
artykuły z lokalnej gazety “ABC Color” o papieskich podróżach, Papież modlący
sie pod Ścianą Płaczu o przebaczenie chrześcijanom krzywd, jakich zaznał od nich
Naród Wybrany. Papież pielgrzymujący do Ziemi Świętej, Papież ujawniający Trzecią
Tajemnicę Fatimską. Zwracałam na nie uwagę, bo były mi o wiele bliższe niż niuanse
paragwajskiej polityki. Przecież trwa rok jubileuszowy, rok pojednania, co dla mnie
jest oczywiste. Na ile jednak jest on istotny dla Ricarda?
Minęło pięćdziesiąt lat i te trzy z sześciu milionów zamordowanych stoi miedzy nami.
Kaźń odbyła sie w głównie w moim kraju. Mój naród jest jedynym świadkiem i jest także
ofiarą. Czy to nas łączy czy dzieli? Mój naród zachował się raz lepiej raz gorzej,
interpretacje często są skrajne, ale nas wtedy nie było i dobrze, że nas wtedy nie było,
że nie musimy dociekać prawdy ani próbować żyć obciążeni pamięcią.
Po rozmowie nic się nie zmieniło. Nie drgnęło. Nie przeistoczyło. Ricardo krążył ze swoją słuchawką przytkniętą do ucha. Rano Hola i qué tál?. Odpowiedź Bien. Bien. Potem milczenie do końca dnia.
Dlatego, gdy doszło do drugiej rozmowy nie byłam już tak spięta, tak wyczekująca na
kulminacyjny punkt, po którym sytuacja się wyjaśni. Nie nosiłam w sobie pytania, raczej
coś mnie podkusiło, nakazało zapytać o rzecz elementarną, najprostszą i najtrudniejszą
zarazem. Scena powtórzyła się, ale tym razem Ricardo niczego nie objaśniał. Po prostu
stałam wieczorem w kuchni przy zlewie myjąc brudne naczynia, gdy Ricardo bezszelestnie się w
niej pojawił. Ochłodziło się i Ricardo nosił już wtedy nie klapki, ale tenisówki, które
ochrzciliśmy cichobiegami, bo poruszał się w nich bezszelestnie zaskakując domowników
swoją obecnością jak kotka Nicole. Usłyszałam, że ktoś za moimi plecami zamyka lodówkę.
Odwróciłam się – Ricardo nakładał na talerzyk jakiś miejscowy przysmak. Zapytałam -
— Co to jest?
— Serce palmy — odpowiedział Ricardo.
— My nie mamy w Polsce palm — odparłam i wróciłam do zmywania, czyli pracy
służącej, jakiej kobieta o moim statusie nie powinna wykonywać. Nie spodziewałam się
niczego więcej, nie powiedziałam tego specjalnie, nie czekałam na żaden efekt. T
uż obok mnie Ricardo położył na talerzyku trzycentymetrowy kawałek czegoś różowego.
Serce palmy smakuje pośrednio miedzy szparagami i marynowanymi grzybkami, ale nie to było ważne. Ricardo mnie poczęstował, poczęstował, czyli zaakceptował. To mogło być ważne, ale wtedy nie czułam już radości. Niczego szczególnego. Przyzwyczaił nas do swojej obojętności i lekceważenia. Do zmiennych nastrojów i ekscentrycznych wybryków. Pro forma zapytałam o korzenie, o rodzinę. O potencjalny Oświęcim, jaki mógł się lada moment wyłonić. Ale nie. Ricardo wywiódł z XV wieku rodowód matki, Racheli i ojca, Eliasza wygnanych z Hiszpanii przez Izabelę Katolicką i przemieszczających się wokół basenu Morza Śródziemnego. Rodzina z pięknymi tradycjami. Ulga. Sefardyjczycy.
A może Ricardo jest człowiekiem bez właściwości? Pracował, ale jego warsztat, jego fachowa
biblioteczka była zastanawiając uboga – w wydzielonym pomieszczeniu, gabinecie stał szereg
segregatorów zawierających wyłącznie materiały szkoleniowe, elementarne opracowania systemów
informatycznych, podstawowe podręczniki, jakie są dostarczane wraz z systemem operacyjnym.
Segregatory stały nie zmieniając miejsca aż do dnia naszego wyjazdu, nie dotykane, dokładnie
ułożone, odkurzone, o co dbała Zulma. Leszek z ciekawością zachodził do biblioteki, ale wracał
rozczarowany – Ricardo nie miał żadnych nowości, żadnych ciekawostek, nie było widać żadnego
osobistego wkładu w jego wiedzę. Studiował w Princeton, pisał doktorat z informatyki, ale
jedynym śladem było pismo pod tytułem „Alumni Weekly” z efektowną okładką
Princeton, które przychodziło ze Stanów i które Ricardo odkładał w widocznym
miejscu na biurku, żebyśmy zwrócili na nie uwagę. Ale gdy któregoś wieczora zasiadłam do
lektury i chciałam ją kontynuować rano, pismo zniknęło.
Ricardo nie słuchał żadnej muzyki. Nie chodził z żoną do kina. Chodził za to do najdroższych
miejscowych knajp, najbardziej luksusowych klubów, gdy wyjeżdżał zatrzymywał się wyłącznie w
najdroższych hotelach, których reklamówki znajdowaliśmy następnego dnia odłożone w widoczne
miejsca. Dlaczego? Za łatwo przychodziło nam na myśl podejrzenie o snobizm. To nie był
snobizm, Ricardo jest zbyt inteligentny by wierzyć, że ta ścieżka zapewni mu szczęście.
To była jakaś tajemna dla nas filozofia życia, jaką opracował sobie podczas długich samotnych
lat zanim nie odnalazła go Maria José. Filozofia stworzona przez mózg informatyka przyjmujący
proste komendy i przechodzący na wyższy lub niższy poziom życia. Z jakiegoś powodu nie było
dla nas miejsca w tym świecie, ono zostało wykluczone jeszcze zanim przyjechaliśmy,
zanim nas zobaczył. Jego mózg wydał komendę Czy interesują cię ci ludzie? i sam sobie
odpowiedział nie. Tutaj umarliśmy w jego świadomości.
Raz, jeden raz widziałam inną twarz Ricarda. Stało się to przypadkiem, którejś gorącej nocy, gdy Olga nie mogła zasnąć, usypianie zwykle ciągnęło się godzinami w związku z tym zmienialiśmy się z mężem przy małej co pół godziny. Pół godziny walki z wrzeszczącym, zmęczonym dzieckiem, pół godziny odpoczynku. Siedziałam na kanapie w korytarzu, tuż obok pokoju Ricarda czekając na swoją kolej. Z dala dobiegały płacz Olgi i ściszony, mimo wszystko spokojny głos Leszka. Odwróciłam głowę i dostrzegłam coś czego się nie spodziewałam. W oknie, a raczej w szybie za moimi plecami odbijało się wnętrze pokoju Ricarda. Materace, biała pościel, półleżące postacie. Widziałam twarz Ricarda, słyszałam głos Marii José i Zulmy, która podawała państwu do łóżka kolację. Jedli spaghetti popijając czerwonym winem. To był pierwszy i ostatni raz kiedy zauważyłam, że państwo pili alkohol. Owszem, w domu był barek, była nawet sowicie zaopatrzona półka z trunkami – znak, że inni współpracownicy nie przyjeżdżali z pustymi rękoma, ale butelki stały nietknięte, oryginalnie zamknięte. (Zastanawiałam się, czy tej pokusie nie ulegliby wszelacy wujkowie Heńkowie i Stasiowie, następnego dnia chwaląc się ile wódy udało im się wypić ukradkiem i zrobić w konia gospodarza.) Ricardo był w świetnym humorze, dowcipkował, rozdziawiał gębę i językiem oblizywał sobie usta, robił przeróżne miny grymasami rozbawiając Marię i Zulmę. Miał w tej chwili mnóstwo wdzięku i czaru, śmiał się naturalnie i zaczepiał a to żonę, a to służącą. Nie mogłam oderwać twarzy od okna, nie mogłam uwierzyć w to, co widzę. Mieszkałam z tym człowiekiem trzy miesiące, ale nigdy nie widziałam go bawiącego się, radosnego, ludycznego. Jego surowa albo obojętna twarz objawiana codziennie mojej rodzinie przy tej roześmianej, wręcz chłopięcej wydała mi się groteskową maską, rodzajem straszydła.
Skłamałabym pisząc, że Ricardo nie zrobił dla nas niczego dobrego. Na początku maja wybraliśmy się daleko, czterysta kilometrów od stolicy w pobliże miasta Encarnación, gdzie Polonia paragwajska urządzała coroczne spotkanie z okazji Święta Trzeciego Maja. Już po uroczystościach nadarzyła nam się okazja pojechać kawałek dalej, żeby zobaczyć pozostałości licznych w Paragwaju misji jezuickich, tak pięknie i tragicznie przedstawionych w filmie „Misja” Joffe’a. W związku z tym zostaliśmy w Encarnación jeden dzień dłużej, chociaż Leszek powinien zgłosić sie do pracy. Dzień wcześniej pozwoliliśmy sobie na małe kłamstewko – zadzwoniliśmy mówiąc, że zepsuł nam się samochód. I wtedy Ricardo zaoferował pomoc, a nawet sie przejął – chciał pojechać po naszą trójkę. Swoim błyszczącym mercedesem, w ciemną tropikalną noc, aż do krańców Paragwaju.
Dlatego myśląc o Ricardzie, moim starszym bracie w wierze, staram się pominąć jego wszystkie świństwa, prowokacje i drobne złośliwości. Pamiętam jedno zdanie, wypowiedziane mimochodem, podczas trzeciej dłuższej rozmowy, jaką dane było nam stoczyć, tym razem na temat przyszłości Zulmy. He is a very good person. Tak Ricardo scharakteryzował Leszka po trzech miesiącach współpracy. Wtedy już ośmieliłam się pracować nocą na komputerze, wstukiwać pierwsze refleksje o Paragwaju. Ricardo ze zdziwieniem patrzył na moje palce, jakby niedowierzając, że daję sobie radę z maszyną, którą zarezerwował dla siebie. Zadał pytanie otwierające możliwość dalszych spekulacji i rozważań – zapytał, czy radzę sobie z klawiaturą, ponieważ nie ma na niej cyrylicy. Cyrylicy? Ricardo nie wiedział nic o Polsce. Nie rozróżniał Polski od Rosji, co już trochę zabolało. Niemożliwe. Możliwe – uważne spojrzenie na globus – Polska – maleńki kraik wetknięty między inne maleńkie kraiki. Europa - ciasnota, nawał nazw stolic i miast. Co innego pustkowie Argentyny. Żyd, który nic nie wie o Polsce? Doktor informatyki, który nic nie wie o Polsce? Możliwe. W najlepszej paragwajskiej gazecie „Ultima Hora” nie było ani jednego artykułu o Polsce. Nawet wzmianki. Nie wiedzieć nic o Polsce? O Papieżu, o Solidarności? Ale przecież ja sama jechałam do Paragwaju czysta, byłam tabula rasa, osobą, która nie wiedziała nic o czterech stuleciach historii Żydów w Argentynie.
Pod koniec naszego pobytu Ricardo jakby zmiekł, machnął reką na swoje zasady i otworzył się.
— Przeżyliśmy zamach stanu — rzuciłam mimochodem w kuchni.
— O tak, rzeczywiście, przetrwaliśmy — odparł.
Opowiadał o swoich kotach, bo z początku była to para, kiedyś nawet zagrał na gitarze.
Ale wtedy tak bardzo przywykliśmy do jego humorów, bezwzględności i szyderstwa, że
wydawało się nam to częścią dalszej gry. Poza tym Ricardo zniknął z naszego życia,
a wtargnęła w nie grupa literacka La mesa de Borges Doceniliśmy starania Ricarda,
atmosfera zdecydowanie była lepsza niż w dniu przyjazdu. Po prostu wracaliśmy. Dni w
Paragwaju zostało tak mało, szczątkowa cyfra policzalna na palcach obu rąk. Wracaliśmy i
Ricardo chodził weselszy, odprężony, na pokaz europejski, kontrolujący, w jaki sposób
opowiemy o nim Niemcom, jego chlebodawcom, tak bardzo nie lubiącym obecnie słowa
ksenofobia lub dyskryminacja. Niemcom, których znał, firmie, w której był, bo jak się okazało,
Ricardo mieszkał przez jakiś czas w tym samym mieście, dokładnie w tym hotelu, co Leszek.
Powiedział to tuż przed wyjazdem, dzień przed pakowaniem walizek. Godzinę przed naszym
wyjazdem Ricardo pożegnał się, zabrał Marię José i odjechali Mercedesem. No i do końca,
do ostatniego dnia Ricardo nie zaprosił nas do swojego stołu.